Rozmiar tekstu: pomniejsz tekst resetuj tekst powiększ tekst drukuj

E-pacjent żyje dłużej

Od pierwszego zapłodnienia in-vitro do szczepionki na raka i mapowania ludzkiego genomu – nie ma wątpliwości, że technologia zrewolucjonizowała świat medycyny. Teraz ma za zadanie umożliwić pacjentowi przejęcie kontroli nad własnym zdrowiem.

Pisaliśmy już o odważnych planach oszczędnościowych brytyjskiej służby zdrowia, w ramach których lekarze pierwszego kontaktu zamiast wizyt w gabinetach będą polecać pacjentom monitorowanie zdrowia przy pomocy specjalnych aplikacji telefonicznych. Pomysł nie spotkał się z szeroką aprobatą społeczeństwa, czemu trudno się dziwić, ale nie ulega kwestii, że mobilizowanie pacjentów do poszerzania świadomości w zakresie zdrowia i leczenia jest ideą godną poparcia.

W swoim poradniku dotyczącym zastosowania technologii w zarządzaniu ochroną zdrowia, Nancy Finn stosuje termin 'e-pacjent' na określenie pacjenta świadomego, zaangażowanego i wyedukowanego. E-pacjent to ktoś, kto maksymalnie wykorzystuje te kilkanaście, a czasem nawet kilka minut, które przeznacza mu się w gabinecie lekarskim, na zadanie wcześniej przygotowanych pytań, przedstawienie jak najpełniejszego obrazu stanu zdrowia i uzyskanie wszelkich niezbędnych informacji dotyczących zaproponowanego leczenia.

Finn podkreśla, że nie chodzi tu o pouczanie własnego lekarza, ale stanie się członkiem zespołu służby zdrowia. "Wchodzimy do gabinetu, mamy 15 minut, omawiamy kilka rzeczy, być może zostają przepisane leki, ale nie ma czasu na wyjaśnienie ich działania i ewentualnych efektów ubocznych – sami musimy dowiedzieć się reszty" – mówi ekspertka.

Nie ulega również wątpliwości, że dokładność, z jaką opisujemy nasz stan zdrowia ma wpływ na szybkość postawienia trafnej diagnozy i skuteczność włączonego leczenia. Informacje zebrane na własną rękę często uświadamiają nam, że symptomy, które nie wydają się niepokojące, mogą mieć znaczenie dla pełnego obrazu choroby.

Tu jednak pojawia się pewien problem. Przede wszystkim, nie każdy serwis internetowy poświęcony tematyce zdrowotnej jest godny zaufania. „Jest mnóstwo dobrych stron, ale są też takie, wobec których nie sposób nie mieć zastrzeżeń. Jeśli strona odznacza się dużą ilością treści reklamowych, prawdopodobnie zawarte tam informacje nie są do końca rzetelne” - ostrzega Finn.

Pozostaje też pytanie, czy takie Internetowe dociekania nie są pożywką dla naszych hipochondrycznych skłonności. Czy naprawdę chodzi o to, by wykonywać serię badań za każdym razem, gdy wydaje nam się, że mamy większość symptomów jakiejś koszmarnej choroby? A może faktycznie lepiej trzymać rękę na pulsie i dmuchać na zimne? Co o tym sądzicie?

Komentarze
Dodaj komentarz

Odpowiadasz jako: Gość