Rozmiar tekstu: pomniejsz tekst resetuj tekst powiększ tekst drukuj

Odważni zawsze wygrywają* - rozmowa z Piotrem Topolskim

Chorobę można pokonać. Można wygrać walkę o własne życie, choć nie jest to łatwe. Piotr dziś jest szczęśliwym, aktywnym mężczyzną – mężem i ojcem. Ma za sobą zwycięską walkę z nowotworem jądra. Opowiada o niedalekiej przeszłości i apeluje do młodych mężczyzn, żeby nie zwlekali z wizytą u lekarza, jeśli dostrzegą coś niepokojącego.

Jak zaczyna się Pańska „historia choroby”?

Rozpoczęło się niewinnie. Zauważyłem, że lewe jądro zaczęło się powiększać. Początkowo było niewiele większe od drugiego, więc myślałem, że może zawsze takie było. Później jednak zacząłem przeczuwać, że dzieje się coś złego. Mimo to wmawiałem sobie, że to może jakieś zapalenie, infekcja i czekałem aż samo przejdzie. Poza powiększeniem nic się nie działo. Nie towarzyszył temu żaden ból. Taki stan trwał ponad pół roku.

Na Wielkanoc 2005 roku dopadła mnie wysoka gorączka, której nie mogłem niczym obniżyć. Kilka dni wcześniej podpisałem pierwszą w życiu umowę o pracę. Przed świętami zdążyłem być w nowej pracy chyba 2 dni. Po świętach miałem jechać na dwutygodniowe szkolenie do Warszawy. Wiec jak się pojawiła ta gorączka, zacząłem intensywnie szukać urologów w Warszawie, żeby tam pójść do lekarza. Niestety albo na szczęście, moja ówczesna dziewczyna, a obecnie żona, wygadała się moim rodzicom. Ci wsadzili mnie w samochód i zawieźli na pogotowie. Wtedy wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Czy właśnie wtedy dowiedział się Pan, że „to” nie jest zwykła choroba, ale nowotwór?

Z pogotowia od razu skierowali mnie do szpitala. Był wielkanocny poniedziałek. W szpitalu zrobiono mi USG i postawiono wstępną diagnozę (nasieniak). Powiedziano mi, że nie mogę czekać na operację do powrotu z Warszawy. Wtedy może być za późno. Zostałem w szpitalu i w czwartek byłem operowany, a chyba w sobotę już wróciłem do domu. Po jakimś miesiącu przeszedłem badanie tomograficzne, które wykazało przerzuty na węzły chłonne (największy miał 4,5 cm). Udało mi się dostać do Wojewódzkiego Centrum Onkologii, gdzie po jakimś następnym miesiącu (w maju) rozpocząłem chemioterapię – 4 cykle BEP.

Po czwartym cyklu chemioterapii (w sierpniu) lekarz prowadzący stwierdził, że powiększone węzły chłonne przestały się zmniejszać i albo mogę to obserwować i liczyć, że wszystko będzie dobrze, albo zdecydować się na operację polegającą na otworzeniu jamy brzusznej i usunięciu wszystkich powiększonych węzłów chłonnych. Zdecydowałem się na operację, którą jeszcze w sierpniu przeprowadzono w szpitalu w Kościerzynie. Badania histopatologiczne wykazały, że nie ma już we mnie żywych komórek rakowych. Od tamtego czasu robię w miarę regularnie tomografię i badam krew na obecność markerów rakowych. Wszystko jest ok.

Długo zwlekał Pan z wizytą u lekarza, ale na szczęście od chwili rozpoznania do zakończenia terapii minęło bardzo mało czasu. Teraz jest Pan zdrowym człowiekiem. Co działo się w Panu w tych najtrudniejszych miesiącach?

Wiadomość o chorobie to był dla mnie szok. Myślałem wtedy, że mogę umrzeć albo będę inwalidą do końca życia. Po pierwszej operacji pojechałem jeszcze z Anetą (obecną żoną) w góry. Zdawałem sobie sprawę, że mogę je oglądać ostatni raz. Chyba w miarę szybko się pozbierałem. Poczytałem sobie o chorobie, zobaczyłem jakie są szanse na pełne wyleczenie, a ponieważ szanse były duże (około 70 procent), a ja jestem realistą, więc zacząłem myśleć w ten sposób, że po prostu muszę przejść kolejne etapy leczenia, żeby wrócić do zdrowia.

Zdawałem sobie sprawę, że coś może pójść nie tak. Wiedziałem, że mogę być bezpłodny, ale w tamtym momencie podchodziłem do tego w ten sposób, że każdy kolejny etap przybliża mnie do wyzdrowienia. To tak, jak gdybym wchodził po bardzo długich schodach albo odbudowywał zburzony dom.

Miał Pan w sobie dość siły, żeby szybko opanować emocje i z pełnym racjonalizmem zabrać się do codziennej walki o siebie.

Nigdy nie miałem takich myśli: dlaczego ja, czy to kara za coś, co zrobiłem w życiu? Statystycznie 25 procent ludzi choruje na raka, więc akurat na mnie wypadło. Nie wiedziałem, czemu na mnie i nie zamierzałem się tym zadręczać, tylko jak najszybciej wrócić do zdrowia. W trakcie całego leczenia starałem się być aktywny, praktycznie codziennie jeździłem na rowerze, popołudniami po chemioterapii dorabiałem u znajomego. Starałem się cały czas coś robić, żeby nie myśleć o chorobie.

Każde doświadczenie stwarza nas na nowo. Jak Pan teraz przeżywa swój nowy czas – czas zwycięzcy?

Choroba wpłynęła na mnie w ten sposób, że zacząłem bardziej cenić czas, który mam. Po zakończeniu leczenia skończyłem studia (obroniłem pracę dyplomową, którą pisałem przez 2,5 roku). Usamodzielniłem się, wyprowadziłem się z domu rodzinnego. Początkowo pracowałem na dwa etaty, potem jeszcze znajdowałem czas, żeby wyskoczyć na rower albo na piwo z kumplami. Spałem dużo mniej niż przed chorobą, bo tyle rzeczy chciałem zrobić i nadrobić te pół roku i całe życie, które wcześniej trochę przeleniuchowałem.

Dzięki pracy mój status materialny się trochę poprawił, więc mogłem pozwolić sobie na trochę dalsze wyjazdy poza granice Polski (Norwegia, Alpy). Bałem się chyba podświadomie, że coś może nagle przerwać moje życie, a ja tyle rzeczy zostawię niezrobionych, tylu miejsc nie zobaczę. Dopiero choroba dała mi tę świadomość. Teraz pracuję na stanowisku inżyniera, jestem kierownikiem budowy. Dwa lata temu ożeniłem się, a we wrześniu urodził się mój synek Igorek i całe życie teraz jest skupione wokół niego.

Co chciałby Pan powiedzieć młodym mężczyznom, by uświadomić im, że każdy może zachorować, ale nie każdy może wygrać z chorobą?

Nie chcę prawić kazań, ale myślę, że nie można kombinować tak jak ja zanim zgłosiłem się na pogotowie. Nie należy się bać, czekać aż choroba sama zniknie, bo raczej nie zniknie. Rak jest paskudny. Aby nie było coraz gorzej, ważne jest, żeby zacząć działać odpowiednio wcześnie. I chyba nie do końca możemy polegać na naszej służbie zdrowia. Gdybym miał czekać w oficjalnej kolejce, to być może już by mnie nie było. Jak już dzieje się coś złego, trzeba poszukać najlepszego specjalisty w okolicy, zamówić prywatna wizytę (nie czekać pół roku w kolejce w NFZ) i liczyć na to, że ten specjalista nas dobrze poprowadzi wykorzystując też pewnie swoje znajomości w placówkach zdrowia.

Najważniejsze jednak jest nie poddawać się i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. W moim przypadku się udało, jestem w pełni sprawny, mogę mieć dzieci, nie odczuwam żadnych skutków choroby. Nie wiem, co powiedzieć tym, którzy nie wygrają z chorobą. Myślę, że większość przypadków odpowiednio wcześnie zdiagnozowanych i leczonych jest wyleczalnych. Wiem, że największą tragedią dla mnie byłoby patrzeć na kogoś bliskiego, kto jest nieuleczalnie chory. Byłoby to o wiele gorsze niż własna choroba, bo nie wiedziałbym, jak mu pomóc.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

Marzena Świtała

**Fundacja „Gdyński Most Nadziei" jest pomysłodawcą i realizatorem jedynej w Polsce kampanii społeczno – edukacyjnej ODWAŻNI WYGRYWAJĄ – profilaktyka raka jądra. Zachęcamy do wejścia na stronę kampanii www.odwazni.com lub polubienie profilu społecznościowego.

Komentarze
Dodaj komentarz

Odpowiadasz jako: Gość